Australia wiosną – Zapach australijskiego buszu

Australia zachwyciła mnie na wskroś, a opisana historia wydarzyła się naprawdę. Mój wyjazd do Zachodniej Australii miał charakter służbowy głównym jego celem był udział w konferencji. Trwał zaledwie tydzień, choć ze względu na bogactwo doznań miałem wrażenie jakbym tam spędził co najmniej miesiąc.

białe motyle na czerwonych kwiatach

W motylim ogrodzie (na lotnisku w Singapurze w drodze do Australii)

W Perth ludzie są niezwykle przyjaźni. Poza widoczną tu solidarnością i chęcią niesienia pomocy innym nic nie wskazuje na to, że te nowoczesne ulice z drapaczami chmur stanowią najbardziej odizolowane miasto na świecie. Rozpościera się za nim tysiące kilometrów dzikiego kontynentu, a z drugiej strony kipi bezmiar Oceanu Indyjskiego. O tej porze roku u brzegów Perth goszczą wieloryby. Niebo i gwiazdy wyglądają tu inaczej niż na naszej półkuli, a nawet woda wypływa z wanny kręcąc się w przeciwną stronę. Nie próżnowałem i każdą wolną chwilę przeznaczyłem na poznawanie okolicy i na rozmowy z miejscowymi. Nawet zaraz po przyjeździe – kiedy moi znajomi narzekając na „jet lag” i zmęczenie 28-godzinną podróżą poszli spać – pospieszyłem zwiedzać miasto, zobaczyć ogromną Rzekę Łabędzią i nacieszyć się rozkwitająca całą siła australijską wiosną (podczas gdy u nas była mroźna zima).

Pszczoła na żółtych kwiatach na tle nieba

W australijskim buszu

Na ulicy Australijczycy często pytali mnie czy nie potrzebuję pomocy (widzieli, że trzymam mapę), mówili co ciekawego mogę zobaczyć, jacyś fajni goście zaprosili mnie na piwo. Każdy miał własną historię i chętnie mówił o swoich korzeniach, o tym skąd przybyli jego przodkowie. Na promie na rzece obcy ludzie sami zaczynali ze mną przyjaźnie rozmawiać (przeprawiłem się na drugą stronę żeby zobaczyć zoo z australijską fauną – najlepsze jakie widziałem, zwłaszcza wrażenie robią krokodyle, pozornie na wolności, oddzielone zamaskowaną fosą). Także w podmiejskim pociągu panuje inna atmosfera niż u nas – wszyscy ze sobą wesoło rozmawiają jakby się znali. Jest tu wielu azjatyckich studentów, którzy do późna spacerują w grupach i fotografują się przy każdej okazji (ze mną też zrobili sobie zdjęcia, chociaż było już po zmroku). Nieprzystępni są tylko Aborygeni – wciąż trwają w swoim „Dreamtime”. Nie zintegrowali się z białymi przybyszami, są do nich wrogo nastawieni, a ich młodzież nocami często włóczy się pijana po ulicach.

Panorama Perth

Perth, Zachodnia Australia

Momentami ciężko było mi usiedzieć na wykładach (czasami ciekawych – takich z których rzeczywiście skorzystałem, a czasami strasznie nudnych) w zatłoczonym pomieszczeniu bez okien. A za ścianą skakały kangury i latały egzotyczne ptaki (szczególnie zaintrygowały mnie „śpiewające wrony” – podobne do naszych, ale bardzo utalentowane!). I utkwiło mi w pamięci niezwykłe bogactwo zapachów – z nutami olejków eukaliptusowych i aromatem kory drzewa herbacianego ogrzanego australijskim słońcem. Przyznam, że któregoś dnia ukradkiem wymknąłem się z mniej ciekawej części wykładów i pojechałem autobusem (z kilkoma przesiadkami) za miasto – zobaczyć park narodowy i australijski busz.

jaszczurka

Kto się kogo boi?

Już na początku tej podróży przypadkiem albo może jakimś zrządzeniem losu spotkałem bardzo ładną dziewczynę – Japonkę. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że trzymamy w rękach te same prospekty reklamujące park i tak się poznaliśmy. Była odstawiona od stóp po głowę, zupełnie nie jak na wycieczkę: miała szpilki, elegancką sukienkę, subtelny makijaż i wielkie kolczyki. I aż sama zaczęła mi się tłumaczyć ze swoich jaskrawo czerwonych paznokci… Powiedziała, że jest stewardesą Singapore Airlines, lata między Singapurem, Perth i Los Angeles – jedną dobę jest w trasie, a następnie przez dwa lub trzy dni ma czas wolny na regenerację sił. W drodze opowiedziała mi cały swój życiorys, o tym jak wcześniej pracowała jako prezenterka telewizyjna i też o tym jak bardzo przez obecny tryb życia ciężko jej mieć przyjaciół.

skaczący kangur

„Roo” (australijski skrót od „kangaroo”)

W końcu dotarliśmy do naszego celu – ona w pantofelkach, bo w szpilkach nie mogła dłużej iść po ziemi. I rzeczywiście to było niesamowite miejsce. Zobaczyliśmy stada pasących się olbrzymich kangurów (nie zapomnę tego uczucia kiedy ogromnymi susami galopowały w naszą stronę – jak się na szczęście okazało tylko z ciekawości).  Widzieliśmy koale na wolności i najprawdziwszy, autentyczny, dziki australijski busz. Chyba się polubiliśmy, bo po powrocie do miasta zjedliśmy razem kolację we francuskiej restauracji, przy stole na zewnątrz (bo to była ciepła noc), przy świecach. Wreszcie popijając wino zaczęliśmy rozmawiać o naszych planach na zbliżający się weekend. I wtedy okazało się, że to nie był koniec zbiegów okoliczności… Mieliśmy przy sobie identyczne bilety: na ten sam dzień, na ten sam statek, na tę samą wyspę na Oceanie Indyjskim, chociaż przecież pod dostatkiem było tam różnych turystycznych celów.

kangurek w kieszeni

„Zwierzę z dwiema głowami”

Mieszkała w najbardziej luksusowym hotelu w mieście (w ten sposób linie lotnicze zachęcają atrakcyjne dziewczyny do tej niewdzięcznej pracy). Do mojego hotelu „Esplanade” w portowym Fremantle niedaleko Perth, w którym odbywała się konferencja, wróciłem taksówką, bo podmiejskie pociągi dawno już nie jeździły. O całym tym wydarzeniu nie wiedział nikt z moich znajomych. Cieszyłem się z tego że ta dziewczyna o słodkim głosie, gładkiej skórze i pachnąca lepiej niż australijski busz w rozkwicie wiosny chciała się ze mną jeszcze zobaczyć.

Wyspa Rottnest Island

Na wyspie Rottnest Island w Zachodniej Australii [zobacz na mapie]

W sobotę odbyły się ostanie wykłady, a po obiedzie (na którym serwowano pieczeń z kangura) rozpoczęła się wycieczka dla uczestników konferencji. Autokarami podjechaliśmy do portu i dalej popłynęliśmy promem na wyspę Rottnest Island (co z holenderskiego znaczy „Gniazdo Szczura”). Holendrzy którzy ją odkryli mylnie uznali powszechne tu kuoki (sympatyczne torbacze spokrewnione z kangurami, wielkości kota i nie występujące nigdzie indziej) za szczury. Niestety na statku był okropny tłok i pomimo starań nie odnalazłem „mojej” Kazuyo (bo tak miała na imię japońska dziewczyna). Na wyspie wypożyczyłem rower. I trochę ryzykując, że w razie awarii nie zdążę na statek (nie było już więcej rejsów tego dnia, a rano miałem samolot), oddaliłem się od zatłoczonej części wyspy i popędziłem wśród słonych jezior i dzikich wzgórz na jej najbardziej odległy przylądek będący jednocześnie najbardziej wysuniętym na zachód punktem Rottnest Island. Ten skalisty brzeg wydał mi się celem bez zdobycia którego miałbym wrażenie, że coś istotnego mi umknęło. Udało się. Nawet zdążyłem przed czasem, odświeżyłem się  i chwilę odpocząłem.

Kuoka

Kuoka

Jakież było ogromne zdziwienie moich znajomych (i nie zapomnę wielkich ze zdumienia ślepiów mojego profesora) kiedy na tej egzotycznej wyspie na Oceanie Indyjskim, w najbardziej niespodziewanym momencie dostrzegła mnie, podbiegła i rzuciła mi się na szyję śliczna Japonka, tak jakbym był jej najlepszym przyjacielem którego nie widziała od lat! I jeszcze po powrocie do Wiednia dopytywali się co to była za tajemnicza znajoma-nieznajoma w szpilkach i z kwiatem we włosach, a ja na to, że no… znam wiele kobiet na świecie.

przylądek vlamingha

Przylądek Vlamingha (Cape Vlamingh) [zobacz na mapie]

Ale to nie był koniec zbiegów okoliczności. Wiedziałem, że Kazuyo będzie lecieć tym samym co ja samolotem do Singapuru. Chociaż kto wie, może to już nie był przypadek, że w tym ogromnym samolocie obsługiwała właśnie ten sektor w którym ja podróżowałem. Zachowywała się bardzo profesjonalnie, jakby mnie nie znała, aczkolwiek czułem się lepiej niż gdybym był w klasie business. Obok mnie siedzieli starsi Anglicy – bardzo sympatyczny dziadek z równie sympatyczną żoną. I w pewnym momencie ten dziadek trącił mnie łokciem i stwierdził, że najwyraźniej wpadłem w oko stewardesie. Babcia ze znaczącym uśmiechem pokiwała głową, a dziadek jeszcze poklepał mnie po ramieniu z uznaniem (i może jakimś sobie tylko znanym wspomnieniem). Najzabawniejsze było to, że oni nie domyślali się naszej znajomości. A stewardesa chcąc być szczególnie miła dla mnie im też musiała serwować dodatkowe drinki, przychodzić częściej niż do innych pasażerów, poprawiać poduszki, a nawet wręczyła karty do gry na pamiątkę. I tylko delikatne muśnięcie po twarzy, jakby niechcący, kiedy nikt nie widział, jeszcze raz uświadomiło mi, że się znamy.

Rottnest Island, Zachodnia Australia

Rottnest Island

W czasie tego lotu do Singapuru nie zasnąłem wcale, a przynajmniej tak mi się wydawało. Pod koniec podróży postanowiłem napisać jej podziękowanie w pokładowej karcie wniosków, a sympatyczny dziadek i babcia sami stwierdzili, że moim wzorem zrobią to samo. I myślę, że te trzy wnioski, których Kazuyo się nie spodziewała, zapewne chwilę później podpisane przez kapitana samolotu, mogły przyspieszyć jej awans do klasy business pomimo krótkiego stażu.

***

W Wiedniu po powrocie było szaro i zimno. I jakoś tak dławiąco pusto albo tęskno – może za australijską wiosną i zapachem buszu, może za gliniastą ziemią wypieszczoną dzikim wiatrem, a może za czymś jeszcze.

Zobacz mój reportaż z Jerozolimy:

Copyright © 2012-2017 Tomasz Bobrzyński. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Australia wiosną – Zapach australijskiego buszu

Komentarze

  1. quetz666

    Świetne zdjęcia! Gratuluję umiejętności i wyprawy do Australii.

  2. Ewa

    Nie wierzę w przypadki Tomku!
    Gdzieś w gwiazdach było zapisane Twoje spotkanie z Kazuyo!
    Rozmarzyłam się czytając…
    Ech, jak ja kocham podróże…, gdybym tylko miała środki, natychmiast wzięłabym aparat fotograficzny i tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, i w drogę…
    Robisz cudne zdjęcia i ciekawie piszesz.
    Pozdrawiam ciepło.

  3. Barbara

    Panie Tomaszu, "ruszyłam w podróż" kuszona zapachem australijskiego buszu… Jestem pod wrażeniem zdjęć, a przede wszystkim barwnej, ciekawej, z nutą romantyzmu opowieści o tym pięknym kontynencie i jego mieszkańcach. Miło było z Panem podróżować:) Pozdrawiam serdecznie, Barbara.

  4. Julia

    Ta historia pełna barw, zapachów, ciepła i romantyzmu uczyniła dziś ze mną wspaniałą rzecz. Rozgrzała mnie i napełniła entuzjazmem. Dziękuję.
    Pozdrawiam z uśmiechem.

  5. Anna

    Lubię Twoje zdjęcia, fajnie piszesz, prosimy więcej i częściej :)
    pozdrawiam

  6. Robert Myszkiewicz

    Cuudownie! Niedługo moja kolej na Australię! :D

Co Ty na to?